Wąsko na Wąskiej w Kołobrzegu!
Rozumię , że przeciwnik w meczu koszykówki jest silniejszy od nas.
To jest normalne. Ale , gdy stolik sędziowski jest umieszczony na podwyższeniu
to już może być problemem. Tak było w Kołobrzegu. Trenerka Polferies Anna
Grudnik (wysoka kobieta) w szpilkach nie miała większych problemów z podaniem
piątki , która rozpocznie mecz. Trener KSKK (bez szpilek) musiał stać na palcach
– co wcale nie jest takie wygodne. Dodatkowo sędzina stolikowa (pani Justyna)
popatrzyła na czubek głowy szkoleniowca z nad Dzierżęcinki i ucieła sobie mały
dowcip o mojej łysynie , co potwierdzili pozostali sędziowie stolikowi (Panowie Piotr
i Radoslaw). Na dodatek speszył mnie komisarz (Pan Krzemiński z Koszalina) meczu,
który spytał mnie dlaczego nie odnotowałem sobie pierwszej „piątki” z Kotwicy!
Odpowiedzialem , że ich nie znam i udałem się bardzo zdenerwowany do swoich
podopiecznych. W ten sposób łatwo wytłumaczyć prowadzenie „gospodyń 6-1 po3 min.
Później było już dużo lepiej. Nastolatki z Koszalina poczynały sobie bardzo nieźle.
W drugiej kwarcie dokonałem zmiany Marty Dobrowolskiej. Udałem się za nią ,
aby przekazać jej drobną uwagę (że się spóźnia ciagle o pół sekundy i stoi ciągle
za swoją zawodniczką w obronie). W efekcie usłyszałem komentarz córki Basi
Dobrowolskiej (Samitowskiej z domu)nie wiedzącej , że stoje za jej plecami:
o co mu chodzi ,gdzie się spóźniam i za kim stoję? Różnice pokoleń nie rozmawiamy
tym samym językiem.
Na dodatek pozbawiono mnie możliwości swobodnych spacerów obok ławki. Raz
potknąłem się o nogi Kini Razik , później o nogę mego kolegi z młodości. Mogło się to
zakończyć katastrofą , mając na uwadze mój wiek!
W trzeciej kwarcie dobrze grajaca Ludwika (Luiza) udała się do pielęgniarki ,
aby opatrzyć małą ranę. Myślałem , że już wróciła na nasza ławkę i poprosilem ją
o powrót na boisko. Nerwowo szukam jej na dlugiej tego dnia lawce KSKK – a jej tam
nie ma. Rozglądam się po hali i nic! Jedna z roztropnych zawodniczek (szkoda , że na ławce) podpowiedziala mi , że Luiza jest ciągle u pielęgniarki. Wezwałem ją do powrotu lekko
podniesionym głosem (wszyscy wiedzą, że jestem bardzo delikatny). Ta przygoda
spowodowała zmianę wyniku z 54-40 na 63-44!
Dodatkowo sędziowie boiskowi i stolikowi przekazywali mi ciągle informacje o czasach
jakie mi pozostały do wzięcia. Gdy próbowałem je wykorzystać stwierdzili , że już je
wykorzystałem. Jeszcze do tego sedziowanie było bardzo uczciwe i nie moglem po meczu
zwalić winy za porażkę – na arbitrów.
Dodatkowo wyjątkowo licznie obecni dziennikarze nie pozwolili mi zebrać myśli tuż
po meczu, aby się przygotować do udzielenia im sensownych odpowiedzi. Najpierw
Pani z TV 3 Szczecin umawia się ze mną na rozmowę za 3 min. – nie mając szacunku dla
mojego wieku i zaczyna wywiad z młodą i ładną Marleną z Kołobrzegu. Jakoś to przeżyłem.
Później Jacek Wójcik dobił mnie pytaniem do swojej córki – czy chciała by trenować
u takiego trenera „krzykacza”!
Jakoś zapomnial , że jego żona brała u mnie nauki i to mu nie przeszkadzało. Co za brak
szacunku! I na koniec wszyscy opuścili halę, a ja o tym nie wiedząc prowadzilem długą
konwersację z kierownikiem miejscowej drużyny panem Witkiem Łukawskim. Zespół
w autobusie, a ja nic o tym nie wiem. Na szczęście Maciek zawiadomil mnie telefonicznie,
(było 33 metry od mojego miejsca oczekiwania na odjazd) że wszyscy czekają tylko na mnie.
Uff! Wystarczy jak na jeden mecz.
I jak tu wygrać mecz w takich warunkach?