Ludzkie dylematy!
Pracujemy przez lata w pewnym środowisku. Widać już efekty tej pracy.
Nie wszystkim to odpowiada. Zaczynają się drobne nieporozumienia. Wolimy
czasami przejść obok kogoś niezauważeni. Cały czas pracujemy.
Obok naszego zaangażowania w pracy, zaczynamy się zastanawiać nad
sensem „walki ze wszystkimi”. Naszymi najlepszymi zawodniczkami interesują
się ludzie z zewnątrz. Potęguje to nasze poczucie niepewności.
Zauważają to ludzie z zewnątrz. Proponują szkoleniowcom zmianę miejsca
pracy, często wraz ze swoimi najlepszymi zawodniczkami. U siebie widać coraz
większe schody, a gdzieś tam ma być bardzo pięknie.
Przychodzi czas podjęcia decyzji. Nie jest to łatwe. Mamy u siebie pewne
kłopoty, ale znamy swoje środowisko i mamy również doświadczenie jak sobie
z tym radzić.
Decyzja zapadła! Przeprowadzka w nieznane. Małe uczucie niepewności, ale
ciepłe przyjęcie w nowym środowisku łagodzi ten trudny okres w naszym życiu.
Robimy to co poprzednio. Treningi, mecze i dalsze poznawanie nowego środowiska.
Po kilku tygodniach przychodzą pewne refleksje. Zaczynamy się zastanawiać
czy dobrze postąpiliśmy opuszczając znane sobie środowisko. Do tego dochodzą
pierwsze różnice zdań z osobami które nas tu zaprosiły. Są to drobiazgi, które
jednak narastają z dnia na dzień.
Często zmiana pracy wiąże się z przeprowadzką całej rodziny. Jesteśmy
w „potrzasku”. Nie wiemy jak przedstawić całą prawdę swojej rodzinie. Staramy
się „grać” przez jakiś czas, że wszystko jest OK! Wreszcie oficjalnie mówimy
o popełnionym błędzie.
Czy możemy powrócić? Często nie mamy gdzie. Zaczynamy się nerwowo
rozglądać za innym zajęciem. Tylko, że w nowym miejscu nie znamy nikogo, kto
mógłby nam pomóc. Zaczyna się dramat całej rodziny. Na zewnątrz robimy jeszcze
„miny”, że wszystko gra.
Te wizje dotyczą wszystkich, tych wielkich i tych małych. Nikt nie lubi być
odtrącanym. Nikt nie jest zadowolony, gdy pozbawia się go pracy i bezpieczeństwa.
Często dzieje się to co kilka lat. Potworny stres niszczy nasze zdrowie. Ludzie
z boku zazdroszczą trenerom, szczególnie tym najlepszym „cudownego życia”.
To cudowne życie to często totalny stres 24/24 godz. i 7/7 dni. Czekamy
końca sezonu jak zbawienia. Wraz z nami przeżywają to nasze rodziny. Nasza
praca to często siedzenie na odbezpieczonej minie. Czekamy kiedy wybuchnie.
Najgorsi są Ci, co siedzą z boku i tę minę podsypują prochem. Oni wiedzą
wszystko. Sami zajmują się bezpiecznym siedzeniem i pilnowaniem swojego
ciepłego posłania. Im nikt i nic nie grozi.
Są jeszcze inni. Nie wiem , czy nie gorsi. Oni czekają, aby zająć za kogoś ten
„raj na ziemi”. Zajmują się nie tylko krytykowaniem, ale również udzielaniem
„życzliwych” rad typu: a nie mówiłem itd.
To nie jest moje narzekanie. To jest prawdziwe życie trenerów i ich częste
przemieszczanie się po kraju i Europie. To oni często odchodzą od nas szybciej,
niż inni. Inni zostają zapomniani i żyją sami, ze swoimi bliskimi, często w bardzo
trudnych warunkach.
My mamy więcej szczęścia. Mamy w miarę spokojną pracę, często uznanie
naszych przełożonych. Zapominamy o tych, co zaszli „za daleko”. Oni nie byli
gorsi – tylko mieli mniej szczęścia. Zaryzykowali i przegrali.
Pracuję w zawodzie trenera 41-szy rok. Pamiętam, kiedy w roku 1982
wyjeżdżałem do pracy w Katowicach (AZS Katowice). Pierwsza niespodzianka
to przybycie na peron dworca PKP w Koszalinie, gdzie „czekali” na mnie mój
kolega i współpracownik – Witek Krochmal, zawodniczki, ich rodzice i wielu kibiców.
Dziewczyny zaśpiewały mi 10 minutową piosenkę ze słowami „oj trenerze, jak
tak można nas zostawić na pożarcie”!
Myślałem wtedy, ze łzami w oczach, o pozostaniu w Koszalinie. Tylko, że
sprawy poszły za daleko i nie mogłem zmienić decyzji. W Katowicach wywalczyłem
wraz z zespołem awans do ekstraklasy, a Koszalinie podjęto decyzję o rozwiązaniu
sekcji koszykówki kobiet. Gdy sie o tym dowiedziałem w ciągu 24 godzin wróciłem
do mojego klubu. Trzy lata później razem awansowaliśmy do ekstraklasy!
Siedem lat później (1990 r) wyjechałem do Francji. Już po trzech latach chciałem
wrócić do Koszalina. Nie było dla mnie miejsca pracy. Później próbowałem co kilka
lat. Nic z tego nie wyszło. Dopiero młody sympatyk żeńskiego basketu w Koszalinie
– Maciek Maślak potrafił mnie podejść i postanowiłem wrócić do Koszalina, aby
reaktywować seniorską koszykówkę nad Dzierżęcinką.
Podczas 17 lat pobytu w kraju Napoleona były dni piękne i trudne. Dziwne, że
decyzję o powrocie do kraju, podjąłem w najlepszym okresie swojej pracy we
Francji. W Koszalinie było cudownie przez kilka miesięcy. Później mój klub walczył
w mieście o przeżycie. Myślę, że to dzięki firmie BEMO MOTORS z Poznania, KSKK
działa do dzisiaj. Ich pomoc była bezcenna! Później pomogły nam władze Polanowa.
Do dzisiaj trwa przyjaźń z tym przepięknie położonym miasteczkiem.
Piętnaście miesięcy później podjąłem pracę w Gdyni (od 01.09.2008 r). Pomocną
rękę podał mi mój wieloletni przyjaciel – pan Mieczysław Krawczyk. Ciągle myśląc
o Koszalinie – czuję się bardzo dobrze – tu w Gdyni!
W każdej pracy są „góry i doły”. Są tacy szkoleniowcy, którzy całe swoje
sportowe życie spędzili w jednym mieście lub klubie. Inni wybrali lub musieli
wybrać podróżowanie. Często to „cygańskie” życie trwa latami. Jedni są z tego
zadowoleni, inni mniej, bo po prostu wpadli w ten diabelski (trenerski) młyn
i siedzą w nim do dzisiaj!
Trzeba nauczyć się z tym żyć. Trzeba też czasami podejmować odważne
decyzję. Są one trudne na początku, ale dają gwarancję spokoju później!
Być trenerem – to cudowny dar z niebios. Praca z młodzieżą to fantastyczne
przeżycie. Nawet stres jest czymś pięknym. Starsi koledzy, którzy zakończyli
swoją pracę mówią często, że tego stresu im często brakuje w pierwszych latach,
po zakończeniu trenerskiej pracy.
Ten rok był dla mnie najtrudniejszym w moim życiu. Straciłem młodszego brata
(też trenera, który wychował kilka reprezentantek kraju), opuściło mnie jeszcze kilku
serdecznych kolegów, pobyt w szpitalu kardiologicznym i jeszcze te „nieudane” (?)
ME kadetek! Byłem całkowicie załamany.
Potrafiłem sobie to wszystko poukładać i postanowiłem pracować dalej. Chcę
swoją postawą uczcić tych, którzy za wcześnie mnie opuścili. Jak to napisał jeden
z blogierów „trzeba znać swoją granicę”, której nie powinno się przekraczać.
I tak postanowiłem czynić.
Pamiętajmy o swoich korzeniach!